|
Żołnierze birmańscy otworzyli ogień do demonstrujących w Rangunie ludzi. Birma spływa krwią niewinnych, jednak z powodu sprzeciwu Chin,
Rada ONZ nie potępiła oficjalnie wydarzeń w Rangunie. W Birmie od 45 lat rządzi junta wojskowa, a od 1992 r. dowodzi nią generał Than Shwe - którego imię i nazwisko w tłumaczeniu oznacza "miliony złota". Sytuacja w Birmie jest tragiczna, państwo to jest jednym z najbiedniejszych na świecie, lecz mimo to, całkiem niedawno generał Than Shwe wyprawił swojej córce wesele - za kilka milionów dolarów. Protesty wybuchły, gdy w kraju drastycznie podskoczyły ceny benzyny. Pierwsi na ulice wyszli buddyjscy mnisi, którzy potrafili przezwyciężyć strach, i pokazać zastraszonemu społeczeństwu, jak należy walczyć o demokrację.
Niestety protesty zostały krwawo stłumione przez juntę, która zareagowała natychmiast, i wysłała w rejony protestów ciężarówki pełne służalczych żołnierzy. Winę za rozlew krwi ponosi oczywiście dowództwo junty wojskowej, z generałem Than Shwe na czele, ale nie tylko. Współwinnymi całej sytuacji w Birmie są też Chiny, które mają swoje interesy w Birmie, i gwarantują wsparcie polityczne dla junty.
Chiny sprzeciwiły się potępieniu zbrodniczych wydarzeń w Rangunie przez ONZ - wetując rezolucję. Te wydarzenia pokazują doskonale, jak bezużytecznym organem jest ONZ, organizacja, która nawet w tak oczywistej sprawie nie potrafi stanąć po stronie mordowanej ludności. Zresztą z jakiej racji ONZ ma bronić praw człowieka, jeśli w radzie ONZ prawo weta mają takie kraje jak Chiny, czy Rosja, w których łamanie praw człowieka to chleb powszedni. Jak na razie, jedyną reakcją ONZ na ludobójstwo w Rangunie, jest wysłanie do Birmy w trybie pilnym specjalnego wysłannika
ONZ Ibrahima Gambari'ego. Wysłannik ten, który nie ma zdecydowanego wsparcia w ONZ będzie mógł jedynie delikatnie pogrozić paluszkiem juncie, i powiedzieć: "żeby mi to było przedostatni raz!". Niestety ONZ już nie pierwszy raz przyjmuje bierną postawę wobec krzywd ludzkich. Krajem, który wydaje się być najbardziej zainteresowany sytuacją w Birmie są Stany Zjednoczone. Prezydent Bush wymyśla coraz to nowe formy nacisku na juntę, wprowadzając m.in. sankcje dla jej członków. Władze junty i ich rodziny nie dostaną wiz wjazdowych do USA, Bush zakazał też wszelkich amerykańskich transakcji
finansowych z tymi politykami i zamrożeniu wszystkich ich
ewentualnych aktywów w USA. (Pest)
Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu. |