"W ówczesnej zdradzie maczali swe brudne paluchy dzisiejsi PiS - owcy: Kaczyńscy, Bender, Karski, Kurski, Andrzejewski, Macierewicz, Sobecka - wówczas tuzy AWS lub ROP. Wymienić należy jeszcze Podkańskiego z PSL - Piast czy Zapałowskiego i Pęka z LPR. Oczywiście, zdrajców - z prezydentem Kwaśniewskim na czele - było wtedy dużo więcej.
Ludzie ci, mając świadomość, że konkordat ma fundamentalne znaczenie dla państwa polskiego, robili wszystko, aby nie doprowadzić do publicznej debaty nad nim. Umowa, na mocy której uprawnienia władz RP zostały jednostronnie ograniczone na rzecz Watykanu i jego krajowych ekspozytur, została przez nich potraktowana jak traktat międzyrządowy. A przecież konkordat m.in. zabiera posłom prawo do uchwalania ustaw dotyczących np. opodatkowania kościelnych instytucji i biznesów oraz samych duchownych. Takie reguły może tworzyć wyłącznie Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu. Tym samym kler rzymski stał się sędzią we własnej sprawie.
O tym przekonali się w 2004 r. senatorzy lewicy, którzy chcieli wreszcie zrobić porządek z Funduszem Kościelnym. Nie dali rady. Prezydent RP - zwierzchnik sił zbrojnych, na mocy konkordatu został pozbawiony władzy nad strukturą duszpasterstwa wojskowego. Jest on częścią sił zbrojnych, ale nie podlega władzy państwowej, choć od niej czerpie pokaźne fundusze. Państwo polskie na mocy konkordatu zostało sprowadzone do roli kasjera, który płaci za pomysły biskupów: kapelanom wszelkich branż i wszelkiej maści, katechetom za lekcje religii itp. W praktyce każda instytucja publiczna - od rady osiedlowej po spółki skarbu państwa i ministerstwa - może oddać każdej instytucji kościelnej wszystko. I oddają, przeważnie za 1 procent wartości.
Wprowadzenie praw godzących w suwerenność państwa i biologiczny byt narodu powinny być poddane pod referendum - osąd wszystkich obywateli. W końcu w przypadku przekazania Brukseli znacznie mniejszych kompetencji obywatele w 2003 r. głosowali w referendum.
W konkordacie nie znajdziemy żadnego ustępstwa ze strony Kościoła. No może poza standardową regułą, że żadna część terytorium Polski nie będzie podporządkowana zagranicznej prowincji kościelnej. Już raz Watykan zerwał to postanowienie w 1939 roku, kiedy natychmiast po wkroczeniu Niemców do Polski włączył polskie diecezje do niemieckich, aprobując w ten sposób hitlerowską okupację. Zresztą nawet obecnie Kościół tego nie przestrzega, podporządkowując diecezje katolickie obrządku wschodniego metropolicie Lwowa.
Konkordat przekazuje wiele ważnych uprawnień organizacji międzynarodowej - jak Kościół papieski nazywa w swojej ekspertyzie prof. Czesław Bakalarski. Tym samym część suwerenności RP uzależniona jest od partykularnych interesów tejże organizacji. Watykan może np. uznać, że dla jego globalnej polityki korzystne jest użycie wszelkich swoich praw i ogromnych wpływów w Polsce dla promowania interesów innej organizacji lub państwa, np. USA. Oczywiście ze szkodą dla interesów naszego kraju. Przecież dokładnie taka polityka Państwa Kościelnego doprowadziła do zaborów! Watykan może też na przykłada sprzedać wszystkie swoje nieprzebrane włości w Polsce każdemu, choćby islamskim terrorystom. Teraz to raczej niemożliwe, ale kiedy opustoszeją kościoły.
Konkordat uniemożliwia nam lub opóźnia dogonienie cywilizowanej Europy. O ograniczaniu praw człowieka - Polaka - nie wspominając. Przykład? Od 1996 r. leży i czeka na ratyfikację Europejska konwencja bioetyczna. Polska jest jedynym (!) państwem spośród 40, które tego nie uczyniło. Konwencja reguluje sprawy związane z zapłodnieniem in vitro i badaniami genetycznymi. Dzięki temu w Polsce nie obowiązują żadne reguły dotyczące tych zabiegów i kler oraz radykalni narodowcy mogą wycierać sobie mordy prawami polskich kobiet.
Poza wszystkim konkordat został zawarty nielegalnie i jako taki nie powinien obowiązywać. Zawarł go w 1993 r. rząd Hanny Suchockiej pozbawiony demokratycznej legitymacji do sprawowania władzy (w maju 1993 r. Sejm uchwalił wotum nieufności wobec tego gabinetu). Ponadto przewodniczącym zespołu negocjacyjnego ze strony tzw. Stolicy Apostolskiej był abp Józef Kowalczyk, który... nie miał żadnego upoważnienia do jego zawarcia. W prawie taki brak powoduje oczywistą nieważność umowy międzynarodowej.
Pomimo tak ważnych wad prezydenci Wałęsa i Kwaśniewski oraz szefowie dyplomacji - kolejno: Andrzej Olechowski, Władysław Bartoszewski (doradca premiera Tuska), Dariusz Rosati (SdPl) oraz Bronisław Geremek robili wszystko, aby zmusić parlamentarzystów do przyjęcia konkordatu. W kadencji 1993 - 1997 napotkali na opór posłów lewicy, którym udało się przez cztery lata blokować przyjęcie skandalicznej umowy. Kiedy jednak wybory w 1997 r. z poparciem Kościoła wygrały AWS i UW, rząd protestanta Buzka złożył projekt ustawy ratyfikacyjnej. Politycy AWS (dzisiaj PiS) robili wszystko, aby nie dopuścić do pełnej debaty; do kosza wyrzucono opracowania ekspertów zwracających uwagę na ograniczenie praw państwa i obywateli.
Zgodnie z konstytucją ratyfikacja umowy, w której Polska zrzeka się części swojej suwerenności, wymaga większości aż 308 głosów w Sejmie i 68 w Senacie. Koalicja konkordatowa dysponowała zaś 249 głosami w Sejmie i 58 w Senacie. Wobec powyższego Kwaśniewski z AWS i częścią UW uznali konkordat za zwykły pakt międzynarodowy. Ratyfikacja konkordatu nastąpiła zatem z rażącym naruszeniem konstytucji. A więc jest on po trzykroć nieważny! Warto przypomnieć, iż na początku 1998 r. konkordatu chciało (według OBOP) tylko 19 procent Polaków.
Kwaśniewski, do spółki z oszołomami z narodowej prawicy - zamiast rzetelnie przedstawić rodakom treść umowy - tłumaczyli, że ciągłe odkładanie decyzji o ratyfikacji jest powodem do wstydu (por. konwencję bioetyczną), a referendum nie jest konieczne, bo konkordat jest korzystny... dla Polski. 10 lat temu pozbawienie suwerenności Polski nie wymagało zgody Polaków. W 2008 r. traktat ewidentnie wzmacniający siłę naszego kraju - według wielu narodowców - już takiej zgody nie wymagał." (Tommy H)
Komentarze
http://www.petycje.pl/petycja/6289/
TRZYMAM KCIUKI ZA CORAZ WIECEJ PODPISOW ''ZA''
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.